Future perfect (BM 15/15)

29 III 2014, 23:33

Perfekcjonistę łatwo rozpoznać po tym, że jak się mu każe przygotować wstępny szkic, to on po zdecydowanie zbyt dużej ilości czasu przedstawia coś, co dla normalnego człowieka jest co najmniej piątą rewizją. Człowiek, który tego nie doświadczył, nie jest w stanie docenić ilości wysiłku jaki wymaga od perfekcjonisty zmuszenie się do pokazania komuś faktycznego wstępnego szkicu. Spróbujcie o tym pamiętać następnym razem gdy spotkacie kogoś, kto zamiast publikować swoje zmiany na bieżąco, zawsze „zaczyna” od czegoś, co jest w 75% ukończonym projektem – różni ludzie mają najdziwniejsze blokady w głowie, nierzadko bardzo solidne.¹

Jedną z opcji radzenia sobie z takim zachowaniem jest po prostu zmuszanie się do publikowania tego, co się zrobiło, w takim stanie, do jakiego udało się to doprowadzić w dostępnym czasie, nawet jeśli nie jest ten stan zadowalający. (A dla perfekcjonisty nigdy nie jest.)

Czasami mi się to udawało. Na początku tej zabawy zapowiedziałem sobie, że za kilka miesięcy, gdy będzie mi się odpowiednio nudzić, przejrzę wszystkie opublikowane teksty i po prostu usunę te, które wydadzą mi się zbyt marne, by dalej tutaj wisiały. Przeczyta je do tego czasu może kilkadziesiąt osób, pewnie żadna nie zapamięta – jakoś to przeboleję.

Alternatywną strategią było szybkie wycofanie się jeśli sądziłem, że nie uda mi się doprowadzić do formy publikowalnej tego nad czym akurat pracuję (nawet zmuszając się do ignorowania niedoróbek). Dlatego poza tym, co opublikowałem, istnieje jeszcze kilka rozpoczętych, ale nie skończonych tekstów (oraz plany na kilka następnych).²

Eh, przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie oczekuje, że sportowiec osiągnie wysoki poziom bez poświęcenia na treningi ogromnej ilości wysiłku i ciężkiej pracy. A perfekcjonista ma gdzieś głęboko w mózg wsadzone to idiotyczne przeświadczenie, że powinien usiąść do wybranego przez siebie narzędzia, po czym wytworzyć doskonałość. I jest autentycznie zły i zawiedziony, gdy jego oczom ukazuje się nawóz.

Jeśli mój syn mi kiedyś powie, że mu po dzieciństwie został taki obraz samego siebie i ma teraz problem z zabraniem się za cokolwiek, to się chyba rzucę z mostu. Ile ja lat zmarnowałem przez tę przeklętą pętlę myślową „nie jestem w tym dobry, więc nie będę tego robił, więc nadal nie jestem w tym dobry, więc…”.³

Heh, plan miałem, by, pomimo niesprzyjającego nastroju, zmusić się do naklepania jakiegoś lekkiego podsumowania o optymistycznym wydźwięku, ale ewidentnie zbyt to by było niezgodne z moim usposobieniem.

Cóż, poprzednia wersja tego tekstu wyglądała jeszcze gorzej. Zawsze to jakiś postęp. :)

¹ Bieżące commitowanie i pushowanie zmian do tego, co akurat robię idzie mi już drastycznie lepiej, niż parę lat temu, ale i tak wymaga ode mnie zdecydowanie więcej wysiłku, niż uważam za wskazane.
² Chciałbym je napisać/przepisać, może kiedyś to zrobię, ale pewnie nieprędko, gdyż mam po tym miesiącu serdecznie dosyć prozy. Może zrobię sobie dwa tygodnie z jakimś serialem, w ramach odmóżdżenia… Parę lat temu spędziłem bodajże kwartał (albo więcej, nie chce mi się zaglądać do notatek) z Buffy, Angelem i wszystkimi Stargate'ami. O takiej ilości wolnego czasu mogę zapomnieć, ale może udałoby mi się łyknąć sezon czegoś w dwa tygodnie, jakbym się postarał.
³ A od dawna wiadomo, że żeby robić cokolwiek dobrze, trzeba być nastawionym na ilość bo bez niej nigdy nie ma jakości. Sprawdzano to także u dzieci – te, które traktowały naukę/pracę jako wartość samą w sobie, a nie były tylko i wyłącznie zafiksowane na osiągnięciu konkretnego celu, miały lepsze wyniki. Perfekcjonizm paraliżuje ilość, a w konsekwencji blokuje możliwość jakiejkolwiek jakości.

Pełna polska fizyczna klawiatura do Androida (BM 14/15)

29 III 2014, 00:35

Na dłuższy opis wspomnianego już przeze mnie netbooka Lenovo A10 przyjdzie jeszcze pora, na początek wrzucę tylko opis najistotniejszego problemu w tym sprzęcie występującego i co z tym można zrobić. Otóż…

Zainstalowany Android nie ma domyślnie żadnego polskiego mapowania dla fizycznej klawiatury. Serio. Nie da się pisać polskich literek. Byłem pod sporym wrażeniem, że w 2014 tak duży producent wypuścił na polski rynek całkowicie spolonizowany produkt z tym jednym „drobnym” mankamentem.

Rozwiązania są trzy.

Pierwsze to zainstalowanie z marketu jakiejś paczki zawierającej polski układ klawiatury, np. tych od RaidSix.

Drugie to zakup External Keyboard Helper Pro, który dodatkowo potrafi przemapować dowolny klawisz do dowolnego klawisza, tak jak to się da zrobić na normalnym komputerze.

Trzecią opcją jest użycie przygotowanego przeze mnie mapowania (programisty, oczywiście). Wymaga to trochę więcej zabawy, niż dwie powyższe opcje, ale za to ma dwie zalety:
1. Standardowo dostępne (przy użyciu prawego Alta) są używane u nas znaki specjalne: € – — ‹› (alt+odpowiednio: 5 - = []) oraz: „” «» (alt+shift+odpowiednio: ,' []).
2. Dostępna jest wersja klawiatury przemapowująca przycisk Menu znajdujący się na prawo od prawego Alta na prawy Alt, co oznacza, że nawet jak się przy pisaniu kciukiem spudłuje, to skutkiem nie będzie bardzo psująca rytm zmiana focusu na menu aplikacji. Pamiętam, że przez jakiś czas używałem takiego przemapowania na 14" laptopie, bo prawy Alt był trochę bardziej w lewo, niż na pełnej klawiaturze, a na 10" urządzeniu ten błąd się popełnia cały czas.

Instalacja

Najpierw trzeba włączyć możliwość instalacji oprogramowania z niezaufanych źródeł. O tak:

screen2

Później trzeba zainstalować paczkę z mapami klawiatur stąd, a następnie je skonfigurować:

screen1

Pod przyciskiem „Skonfiguruj układy klawiatury” jest lista dostępnych mapowań klawiatur. Jak widać ja mam zaznaczone obie wersje polskiej klawiatury. Dzięki takiej konfiguracji kombinacja Ctrl+Spacja działa jak włącznik/wyłącznik klawisza Menu, bo przełącza między dwoma prawie identycznymi mapami klawiatur różniącymi się tylko zachowaniem tegoż klawisza. Sporadycznie się to przydaje.

Technikalia

W niezbyt dalekiej przyszłości pojawi się pewnie jeszcze jakaś dodatkowa funkcjonalność, choćby z racji tego, że bardzo mi brakuje klawiszy Home i End. Jeśli uda mi się sensownie dodać te klawisze bez modyfikowania podstawowego zachowania reszty klawiatury, to tak zrobię. Jeśli nie, dodam jeszcze trzeci wariant np. usuwający Print Screena.¹

A jakby kogoś interesowało podłubanie w tym samemu (albo chociaż śledzenie zmian), to tu jest repo na githubie.

¹ Trzeci wariant jest i tak całkiem prawdopodobny. Klawisze na lewo od spacji by się zdecydowanie bardziej przydały do jakichś skrótów klawiaturowych. Oczywiście przy założeniu, że uda mi się znaleźć/dorobić możliwość przemapowywania klawiszy w firefoksie albo chromie, w co niestety wątpię. Nawet chrome pecetowy nie pozwala na przemapowanie wszystkiego, a co dopiero droidowy.

Zalety braku czasu (BM 13/15)

27 III 2014, 22:28

Im ma się mniej czasu wolnego, tym łatwiej zdecydować co z nim zrobić. Częściowo ten efekt był już dla mnie zauważalny przy pojawieniu się w domu psa, ale rzeczywistą różnicę zrobiło dopiero pojawienie się małego dziecka.

Gdy w trakcie studiów i przez kilka lat po nich ilość wolnego czasu mogłem liczyć w dziesiątkach godzin tygodniowo zasada była prosta – po co robić coś teraz, jeśli można za godzinę, jutro, albo za tydzień. Przecież mam czas.

Oczywiście technicznie było to prawdą. W praktyce powtarzałem sobie „później” przez kolejne dni, tygodnie i miesiące bardzo rzadko zabierając się za cokolwiek, czego ukończenie sprawiłoby mi jakąś satysfakcję. W trakcie tych lat miałem poczucie tracenia czasu i choć z obecnej perspektywy nie myślę o nim aż tak negatywnie, jak wtedy – zbyt doceniam fakt posiadania rodziny¹ i to, co dała mi możliwość poświęcenia tylu tysięcy godzin na czytanie – to jednak nie mogę powiedzieć, że jestem zadowolony z siebie w tamtym okresie.

Tak czy inaczej przez najbliższą dekadę albo dwie dylematy posiadania nadwyżek czasu wolnego będą mi obce. I, na co liczyłem, jest to bardzo przydatne doświadczenie.

Jeśli maksimum na co mogę liczyć to parę godzin w nocy, gdy dziecko już śpi, nie robię akurat czegoś z żoną², nie załatwiam jakichś ważnych spraw ani nie jestem na treningu, to zaczyna mi bardzo zależeć na spędzeniu ich na czymś, co ma chociaż minimalną szansę być dla mnie satysfakcjonujące. Poradzenie sobie z prokrastynacją stało się zdecydowanie prostsze – to, że nie mam na robienie czegoś ochoty przestało być wystarczającą wymówką. Od paru miesięcy próby spędzania zbyt dużej ilości tego cennego czasu na czytaniu za długich tekstów o sprawach skądinąd interesujących (reddit), acz niespecjalnie mnie dotyczących, stały się trudne. Co chwilę zerkam wtedy na zegarek, na zbyt szybko uciekające minuty i głosik z tyłu czaszki cały czas wrzeszczy na mnie, żebym przestał się obijać, a jeśli rzeczywiście tak bardzo mam ochotę czytać, to lepiej bym się zabrał za dokończenie jakiejś książki.

No i to działa, jak nie działało wcześniej nic innego. Nie wiem co zdecyduję zrobić następnego i jak długo mi to zajmie³, ale po tym miesiącu jestem zdecydowanie pewniejszy, że mi się uda.

Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek wcześniej miał takie poczucie.⁴

P.S.
Bardzo istotne było też zapewnienie sobie odpowiednich narzędzi. Zakupiony niedawno netbook Lenovo A10 umożliwił mi pisanie w momentach, w których wcześniej nie byłem tego w stanie robić.⁵ Np. ten tekst powstał w trakcie usypiania syna, który leży sobie teraz cicho w swoim łóżeczku, podczas gdy ja siedzę obok na fotelu i klepię kolejne akapity w androidowym Vim Touch.

Ale o mojej nowej zabawce napiszę kiedy indziej.

¹ Żonę poznałem w trakcie studiów.
² Np. oglądam ostatni odcinek The Good Wife. Wiecie który, ten odcinek.
³ Cały miesiąc to za długo, już mam po dziurki w nosie tego klepania. Dwa tygodnie wydają się zdecydowanie przyjemniejszą ilością czasu na ukończenie czegoś.
⁴ Co może o niczym nie świadczyć. Moja pamięć do własnego życia jest bezużyteczna jak coś skrajnie bezużytecznego.
⁵ Mój laptop to stare, grzejące się i zdecydowanie zbyt głośno wyjące pudło, którego regularnie używam do pracy poza domem, ale potrzebuję wtedy jakiegoś stołu i fotela. Oczywiście ultrabook byłby miły, ale moja potrzeba posiadania przenośnej maszyny do pisania nie uzasadnia takiego wydatku. Plus na ultrabooku da się wygodnie przeglądać reddita, a chodziło o to, by tego nie robić.

Guanogeneza (BM 12/15)

25 III 2014, 23:34

Prawie wszyscy słyszeli, że ilość to nie jakość. Niekoniecznie są w stanie zawsze tę wiedzę zaaplikować – np. często nie rozróżniają pięcioletniego doświadczenia od rocznego powtórzonego pięć razy – ale chociaż trochę kojarzą temat.

Ale to tylko część historii, która w oderwaniu od całości, prowadzi na manowce.

Przywilejem młodości jest brak samokrytycyzmu. Jakiekolwiek kreatywne impulsy się wtedy ma, można je realizować z wypiekami na twarzy, bo ani nie brakuje czasu, ani nie przeszkadza jeszcze świadomość własnego braku umiejętności.

Z biegiem lat można wpaść w jedną z dwóch pułapek. Pierwszą, o której wiedzą praktycznie wszyscy, jest pułapka miernoty – osiąga się pewien pułap umiejętności i z różnych powodów nie potrafi go przeskoczyć. Niektórzy zwyczajnie nie widzą, czego im jeszcze brakuje (brak samokrytycyzmu), innym wystarcza to, co mają i nie odczuwają potrzeby starania się o więcej. Tych drugich rozumiem i trochę zazdroszczę – przyjemnie jest mieć coś, co się lubi robić regularnie i to wystarcza.

Ci pierwsi to uosobienie frazy „ilość nie znaczy jakość”.

Druga pułapka jest wypełniona frustracją, a często wpadają w nią ci, którzy którzy chcieliby się rozwijać, tylko nie potrafią. Powodów takiej niemocy może być wiele, ale tutaj skupię się tylko na jednej – porzuceniu ilości.

Jeśli ktoś lubi jakieś treści, regularnie się w nie zanurza, to w naturalny sposób wyrabia sobie coraz lepszy gust. Coraz lepiej wie co go kręci, coraz mniejsze uchybienia jakości jest w stanie przeoczyć¹. I może kiedyś przychodzi ten moment, że sam postanawia spróbować swoich sił w dziedzinie, która tak go fascynuje.

Siada. Tworzy. Klnie na czym żywy świat stoi.

Gust wytrenowany przez wiele lat na najlepszych utworach, jakie świat ma do zaoferowania natrafia na dzieło zupełnie niewprawne, toporne. Kawałek mózgu potrafiący dostrzec jakość nie jest tym, który potrafi jakość stworzyć.

I tu właśnie ukryta jest druga pułapka, gdy próbuje się zadekretować wyższą jakość – od tej pory będę tworzył wolniej, z większym rozmysłem, więcej czasu poświęcając na analizę powstającego dzieła, żeby było lepsze.

Chcenie jakości jej nie powoduje. Ani myślenie o niej, ani nawet czytanie.

Obejście tej pułapki jest koncepcyjnie bardzo proste, ale emocjonalnie bardzo nieprzyjemne – trzeba tak długo produkować łajno, aż powoli przestanie śmierdzieć, a jak już większa jego część będzie miała w miarę neutralny zapach, to czasami spod sterty może nam się wyłonić jakiś niewielki, atrakcyjny wizualnie i olfaktorycznie przebistolec.²

Bo nie ma jakości bez ilości.

Stąd pomysł poświęcenia całego miesiąca blogowaniu. Pewnie te kilka tygodni intensywnego pisania zrobi więcej dla moich umiejętności sprawnego klecenia zdań, niż ostatnie pięć lat sadzenia wielostronicowych klocków raz na dwa miesiące. Spędzanie niezliczonej ilości godzin na polerowaniu tychże miało swoje uroki, ale to co robię teraz jest chyba bardziej satysfakcjonujące.

Tylko z jednym mam problem – ustaleniem kierunku marszu i granicy, jaką jestem zainteresowany. Bardzo lubię dobre książki, ale nie planuję być zawodowym pisarzem. Bardzo lubię dobre seriale, ale nie planuję ani pisać scenariuszy, ani próbować swoich sił w jakimkolwiek aktorstwie.

Słowami Susan Wolf: „sens [jakiejś czynności] ukazuje się gdy subiektywy urok napotyka obiektywną atrakcyjność”. Sam urok jest przyjemny, ale zawsze chciałoby się czegoś więcej.

¹ Rousseau uważał tę potrzebę intensywnych, sztucznych i skomplikowanych rozrywek za dowód na wynaturzenie gatunku. Nasza zdolność odczuwania przyjemności uległa przytępieniu.
² Oczywiście czytać i myśleć też należy, ale w kontrolowanych ilościach w przerwach między guanogenezą, a nie zamiast.

Zalety Judo vs BJJ (dla grubych) (BM 11/15)

23 III 2014, 22:05

O tym jaką różnicę dla osoby bardzo nie w formie robi trenowanie na grupie dla seniorów wspominałem poprzednim razem. Po paru miesiącach treningów robię znacznie więcej pompek, niż na początku¹, ale nadal znacznie mniej, niż większość grupy. Gdybym nie miał jak trenować we własnym tempie, nie miałbym jak trenować w ogóle.

Druga zaleta to doświadczony trener. Wielokrotnie w ostatnich miesiącach podczas treningów doprowadzałem się do takiego stanu, że byłem wręcz siny² i miałem pewne problemy z utrzymaniem pionu. Kończyło się to siedzeniem gdzieś pod ścianą przez pozostałe pół treningu i dochodzeniem do siebie, a trener mnie co jakiś czas z powrotem usadzał, gdy przychodziło mi do głowy próbować dalej ćwiczyć. Efekt był zaskakująco dobry, do domu wracałem najwyżej z lekkim bólem głowy. Podejrzewam że żaden z trenerów BJJ z jakimi miałem do czynienia nie miał wystarczająco szerokiego doświadczenia, żeby analogicznie reagować (a jaki by powód nie był, żaden w ten sposób nie reagował; wręcz na odwrót).

No i punkt ostatni – dostępne techniki. Jako że moja grupa nie jest turniejowa, to nie ma presji, żeby się skupiać na tym, co akurat jest najbardziej przydatne na zawodach, więc jeśli ktoś woli głównie walkę w parterze³, to czemu nie. Przy czym dla ludzi, którzy kondycyjnie nie wytrzymują za dużo parteru (jak ja jeszcze przez czas jakiś), zawsze może trenować to z czym Judo jest najbardziej kojarzone, czyli rzuty. Mają one to do siebie, że jakkolwiek też męczące, to nie dają możliwości migrenogenerującego spinania się przez kilkadziesiąt sekund bez przerwy, tak jak walka w parterze.

Niestety są potencjalnie mocno kontuzyjne, o czym się niestety przekonałem (i co mnie kosztowało bodajże dwa i pół treningu), acz po paru treningach, gdy udało mi się już zdławić odruch bronienia się przed przewróceniem (co było trudne, zwłaszcza że przez parę lat BJJ próbowałem ten odruch w sobie wyuczyć), to coś poważniejszego niż lekkie obicie sobie klejnotów rodowych staje się zdecydowanie mniej prawdopodobne. A jak już się człowiek nie boi i nie próbuje bronić, to takie przefrunięcie głową w dół na materac staje się całkiem relaksujące. Na ostatnim treningu już mi się udało co nieco widzieć w trakcie „lotu”.

Nie wiem, czy już permanentnie zostanę z Judo, czy może wrócę kiedyś do BJJ. Na razie to nie problem, bo to pierwsze mam 5 minut samochodem od domu, a to drugie dzielnicę obok. Plus jeszcze gdzieś tak z pół roku nie będę miał kondycji, żeby pójść na normalny trening BJJ, acz pod koniec roku pewnie parę razy się wybiorę, choćby ze względów sentymentalnych i żeby sobie przypomnieć na ile to było przyjemne, jak człowiek nie umierał po pięciu minutach z wycieńczenia. Później kto wie, może będę rotował parę miesięcy tego, parę tamtego. W rekreacyjnym uprawianiu sportu urozmaicenie jest istotne, o czym się przekonałem po trzech latach BJJ, gdy czwarty wydawał mi się już daleko mniej atrakcyjne, niż pierwsze dwa (i niż spędzanie czasu z przyszłą żoną, bo to się akurat zbiegło w czasie :).

Tak czy siak, fajnie jest znowu coś trenować, nawet jeśli jestem już w takim wieku, że przy raptem dwóch treningach tygodniowo udało mi się do tej pory chyba tak z połowę opuścić, bo a to kontuzja, a to trza gdzieś pojechać, a to akurat chory jestem.⁴ Byle nie odpuszczać, bo jednak stan układu krążenia jest bardzo silnym predyktorem długości (i na starość – jakości) życia, zwłaszcza jak się ma, jak ja, naturalnie wysokie ciśnienie.

¹ Z wyłączeniem pierwszego treningu, który akurat był na wytrzymałość, a ja postanowiłem pochojrakować. Pierwszy raz w życiu się tak mocno przetrenowałem, że nie mogłem przez parę dni rąk zginać w łokciach, bo mięśnie odmawiały jakiegokolwiek posłuszeństwa. Od tego czasu zwiększam sobie obciążenia rozgrzewkowe bardzo bardzo stopniowo, z wielką rozwagą i pietyzmem. :)
² Co ja poradzę, że lubię próbować komuś urwać głowę, nawet jeśli nie mam do tego kondycji.
³ W której, jeśli się nie próbuje walczyć według turniejowych reguł Judo, można się kulać zupełnie podobnie do BJJ.
⁴ „Zabawna” sytuacja. Od prawie dwóch tygodni miałem bardzo utajone jakieś choróbsko. Po poniedziałkowym treningu byłem z siebie zadowolony, bo wróciłem bardzo wycieńczony, ale bez nawet sugestii bólu głowy, znaczy odzyskałem na tyle dużo wydolności organizmu, że mogę się przestać aż tak bardzo pilnować przy walkach. Niestety choróbsko stwierdziło, że wycieńczony organizm to świetny moment na wyjście z podziemia i od wtorku kicham, smarkam, zimno mi i ogólnie ledwo kojarzę. Oczywiście w środę o żadnym treningu nie było mowy, a i następny tydzień pewnie też pójdzie na straty, bo nie mogę ryzykować, że się znowu rozłożę. Eh.

BJJ dla grubych – alternatywa (BM 10/15)

22 III 2014, 20:16

Trzy lata brazylijskiego jiu-jitsu w trakcie studiów przyzwyczaiły mnie do pewnego poziomu sprawności fizycznej. W trakcie rozgrzewki się rozgrzewałem, gdy trenowaliśmy techniki, to trenowałem techniki, a gdy były walki sparingowe, to próbowałem urwać przeciwnikowi głowę (a on mi).

Parę lat i 25+ kg więcej, już w Warszawie, spróbowałem do treningów wrócić. Trzykrotnie, za każdym razem z lepszym planem działania, ale za każdym razem nieudanie. Po ostatniej próbie doszedłem do wniosku, że o ile najpierw nie schudnę minimum 15 kg, to powinienem sobie dalsze próby darować.

Jest to wniosek w pewien sposób absurdalny, żeby nie wykorzystywać sportu do zbudowania lepszej kondycji fizycznej, tylko brak tejże traktować jako barierę nie do przejścia powstrzymującą przed sportem.¹ Niestety akurat w przypadku BJJ był on uprawniony, acz dopiero od paru miesięcy, odkąd zacząłem trenować Judo, w pełni zdaję sobie sprawę na czym polegał problem.

Podstawowa różnica wynika ze skali. Judo to od pół wieku jest sport olimpijski, co się przekłada m.in. na ilość klubów, kwalifikacje kadry, ilość zawodników oraz, co okazało się kluczowe, ich rozstrzał wiekowy. Judo po prostu ma dużo grup dla seniorów², na warszawskim Ursynowie są przynajmniej dwie jak ostatnio patrzyłem. Przez porównanie – nie jestem pewien, czy w Polsce istnieje chociaż jedna grupa dla seniorów BJJ.

To okazało się być drastyczną przewagą. Jeśli ma się zawodników o rozstrzale wiekowym 25-55 lat (i średnią pewnie 35), to treningi z założenia muszą być tak zrobione, żeby każdy mógł trenować w swoim tempie. Na BJJ nie było o tym mowy – trenowałem w trzech różnych klubach (w dwóch różnych miastach) i schemat treningów wszędzie był ten sam: najpierw bardzo ruchowa rozgrzewka z dużą ilością biegania, skakania, pompkowania i przewrotów, później ćwiczenie technik, a na koniec walki.

Ja po paru minutach rozgrzewki miałem dość. A zostawała jeszcze reszta treningu.

Każde intensywne niedotlenienie mózgu „zostaje” w organizmie i jest później odczuwalne jako ból głowy. Z moją nadwagą i całkowitym brakiem kondycji³, gdy po takim treningu doczołgałem się jakoś do domu, musiałem szybko łykać parę ibuprofenów, inaczej przez m.in. ból głowy nie byłbym w stanie zasnąć. Było to mocno niepraktyczne, gdyż trening oznaczał stracenie całego wieczoru, a nie tylko paru godzin, plus na dłuższą metę nie wydawało mi się specjalnie zdrowe.

Dlatego moje ostatnie podejście do BJJ w Warszawie zrobiłem z głową, przez pierwsze kilka treningów rozgrzewkę robiłem w swoim tempie, po czym wychodziłem, nawet pomimo sugestii prowadzącego, żebym jednak został⁴. Dawało to niezłe efekty, po paru tygodniach czegoś takiego odzyskałem formę na tyle, że byłem w stanie przeżyć rozgrzewkę z jakimiś zapasami energii i bez zapowiedzi gigantycznej migreny.

Ale to dużo nie dawało. Co z tego, że przetrwałem rozgrzewkę, jeśli reszta treningu polega na tym, że jakiś bardzo ciężki człowiek próbuje mnie m.in. udusić, a nawet jeśli nie próbuje, to już samym swoim ciężarem wymusza na mnie takie spinanie mięśni, że kończy się to migreną. A już wisienką na torcie były te okazje, gdy pół treningu było spędzone na wykonywaniu duszeń.

No i zrezygnowałem po raz trzeci. Następne kilka miesięcy próbowałem dojść do pożądanej wagi, acz skończyło się to po jakichś pięciu kilogramach. Miałem niefortunne wrażenie, że na tym się moja kariera sportowa skończyła.

Aż tej zimy⁵ wpadło mi do głowy Judo. I okazało się ono być strzałem w dziesiątkę. Ale o tym w następnym tekście.

¹ Rozważałem inne sporty, ale krótko. Jak się raz spróbowało urywania ludziom głów i łamania kończyn, trudno z entuzjazmem popatrzeć na coś innego. Trochę jak z PLD. :)
² Oczywiście wszyscy pamiętamy, że w sporcie „senior” oznacza co innego, niż poza sportem i nie chichramy się z takiego nazewnictwa.
³ A były to czasy jeszcze sprzed posiadania psa. Teraz mi sobie wręcz trudno wyobrazić jak bardzo słaby byłem przez te parę lat po zaprzestaniu jakiejkolwiek aktywności fizycznej.
⁴ Za olanie trenera jest +5 do charyzmy.
⁵ Chęć powrotów na treningi zazwyczaj przypadała na zimę. Urywanie głów bardzo pozytywnie wpływa na samopoczucie, za czym się bardziej tęskni w czasie zimowej deprechy.

Zmniejszanie ciężaru (BM 9/15)

18 III 2014, 23:31

Rozumienie rzeczywistości w kategoriach przyczynowości jest w nas zakodowane na bardzo fundamentalnym poziomie. Już półroczne dzieci potrafią okazać zaskoczenie, jeśli ruch obiektów nie jest zgodny z ich przewidywaniami.

To doszukiwanie się powodów, próby składania wydarzeń w dłuższe narracje, jest jednocześnie naszą największą zaletą i największym przekleństwem. Nie opanowalibyśmy mechanizmów rządzących światem w tak wielkim stopniu, gdyby nie ta chęć zrozumienia, okiełznania, znalezienia przyczyny (i zastosowania).

Ale nie spędzalibyśmy też niezliczonych godzin na próbach wymyślenia rozwiązań dla problemów, które rozwiązania nie mają. A te istnieją i zapewne będą dla nas istnieć zawsze. Nasi przodkowie patrzyli w niebo nie rozumiejąc na co patrzą. Może na bogów? My popatrzyliśmy dokładniej, żadnych bogów nie znaleźliśmy, tylko nieskończoną, zimną i nieprzyjazną pustkę.

Najbardziej irytuje mnie w tym wszystkim impotencja intelektu. Zawsze gdy dowiemy się czegoś nowego, pierwszą, instynktowną myślą jest „a dlaczego tak”, „jaki jest szerszy kontekst”; próbujemy użyć nowego elementu do zbudowania większej układanki. Tylko że ostatecznie jest to droga donikąd. Zadawać to pytanie można w nieskończoność, a jak się już wyczerpie możliwości nauki w kwestii odpowiadania na nie, to zostają tylko filozoficzne dywagacje co mogłoby być dalej.

A te są szalenie niesatysfakcjonujące. W najlepszym wypadku można dostać posortowane możliwe rozwiązania z w miarę rozbudowaną analizą ich implikacji. Oczywiście wybrać żadnej opcji się specjalnie nie da, gdyby się dało ustalić tę właściwą, to by nie była filozofia, tylko nauka. To tak jak z religiami – właściwie na jakiej podstawie wybrać którąś? Gdyby któraś była weryfikowalnie „lepsza”¹ od pozostałych, to pewnie pozostałych by już nie było.

Odpowiedź, jak to u nas ludzi zwykle bywa, sprowadza się do emocji i instynktów (system 1 według Kahnemana). Nie mogąc się podeprzeć obiektywną analizą, jedyne co zostaje, to sprawdzić które rozumowanie nam bardziej „pasuje”, wydaje się bliższe, bardziej zgodne z naszym charakterem. I tak oto niezliczone wieki (wannabe) intelektualnych analiz są przyjmowane lub odrzucane nie na podstawie jakiejś obiektywnej analizy przedstawionego rozumowania, tylko – jakież to dogłębnie ludzkie – na podstawie „zgodności z charakterem”, czy też niezliczonej ilości innych heurystyk, których ludzie nieświadomie używają do przyjmowania lub odrzucania poglądów. Krągłość naszej planety dało się jednoznacznie zweryfikować. W przypadku istnienia boga, albo tego jak w życiu znaleźć sens, nie ma takiej opcji.

„Sens życia” to w ogóle jest mocno problematyczny termin. Bo tak naprawdę odwieczna chęć poszukiwania tegoż nie jest i nigdy nie była motywowana intelektem. Intelekt (system 2 według Kahnemana) to tylko nasze naturalne narzędzie do rozwiązywania nietrywialnych problemów, a „sens życia” to popularny zlepek słów, którego używamy na określenie tego co się dzieje, gdy ten nasz głęboko zakorzeniony instynkt przyczynowości próbuje przełknąć zbyt duże dla niego problemy. Wtedy, naturalnie, próbujemy zaprząc do problemu intelekt, ale tutaj intelekt niewiele może.

Oczywiście zależy czyj. Wielu ludziom, zapewne większości, wystarczy tylko trochę wiedzy na takie egzystencjalne tematy, nie odczuwają potrzeby myślenia o nich, a nawet jeśli, to da się ich względnie łatwo zaspokoić którąś z dostępnych opcji (choćby religią). Gorzej mają ci, którym to nie daje spokoju, ale dla tych jest szansa, jeśli okaże się, że któraś z dostępnych filozoficznych opcji jakoś „zaskoczy” i wpasuje się w ich podświadome potrzeby i oczekiwania względem świata.

Oczywiście można tu trafić lepiej lub gorzej. Jak się ma predyspozycje do pesymizmu, to ja bym to zakwalifikował jako gorzej. Ładnie to ujął Woody Allen w wywiadzie udzielonym katolickiemu księdzu:

Byłem raz z Billym Grahamem [znany amerykański ewangelista] i powiedział mi, że jeśli by się na koniec okazało, że Boga jednak nie ma, a wszechświat jest pusty, to jego życie było i tak lepsze od mojego. Rozumiem to.

Komuś szukającemu informacji² na takie egzystencjalne tematy sugerowałbym liznąć trochę filozofii, byle nie za dużo. Na początek jakiś krótki (analityczny) przegląd dostępnych opcji, bo zawsze dobrym pomysłem jest wiedzieć jak jakiś temat wygląda „z lotu ptaka”, po czym niezbędne minimum kontynentalnych filozofów z opcji, która wydaje się intrygująca. Byle nie za dużo, bo to szybko się robi strata czasu. Rozbudowana wiedza na temat sposobów interpretacji terminu „sens życia” (w moim doświadczeniu) wcale nie zaspokaja Wewnętrznego Tyrana Przyczynowości, zdecydowanie sensowniejszym jest poczytanie (lekko filozofujących) psychologów zajmujących się tą tematyką, bo stosując się do ich rad ma się większą szansę na np. zmniejszenie częstotliwości (i intensywności?) występowania egzystencjalnej chandry, niż ze zgłębiania Wittgensteina³.⁴

A o to w końcu chodzi – o znalezienie sposobu, by wszechświat mniej dokuczał swym ciężarem. Gdyby dało się to zrobić poprzez „zrozumienie” wszechświata, to by było świetnie. Ale się nie da, przynajmniej nie dla takich jak ja.

¹ Jak zdefiniować „lepszość” jednej religii od drugiej?
² Chciałem napisać „odpowiedzi”, hahaha.
³ Filozof dobrany losowo, nie mam pojęcia, czy merytorycznie pasuje do tego zdania.
⁴ Przykładowo tu jest przegląd dostępnych opcji, a dla pesymizmu rozszerzy temat np. Schopenhauer. Polecam też Księgę Koheleta, choćby kawałek, żeby sobie dobrze uświadomić, że te rozważania i chandry to my mamy od zawsze. Później np. „Człowiek w poszukiwaniu sensu” Frankla.

Małe a cieszy (BM 8/15)

14 III 2014, 22:47

Na razie udało się ustalić dwa pewniki: przy odpowiednio skrupulatnej (pesymistycznej) analizie praktycznie wszystko jest bez sensu, a najbardziej oczywiste rozwiązanie, czyli samobójstwo, jest wystarczająco trudne, by sensownym było popatrzenie na alternatywy.¹ No to popatrzmy…

Zacząć należy, w duchu pesymizmu, od uświadomienia sobie, że w pełni satysfakcjonujące rozwiązanie problemów egzystencjalnych po prostu nie istnieje. Teoretycznie by mogło, bo istnieją ludzie, którzy o takich sprawach myślą rzadko, albo wcale i na co dzień optymistycznie patrzą na świat, ale jeśli czytasz ten tekst, to najprawdopodobniej do nich nie należysz, a nie żyjemy w Matriksie, więc łyknięcie czerwonej pigułki nie jest opcją. Może kiedyś, wraz z rozwojem technologii, będzie, ale na razie można co najwyżej łykać antydepresanty i chodzić na psychoterapię. Na ile są to skuteczne rozwiązania nie wiem, żadnego nie próbowałem.

Podstawą jest (niestety) nastawienie się na „proste przyjemności”. Życie owszem, czasami może zaoferować więcej, ale są to na tyle nieczęste, niepewne i niedługotrwałe wydarzenia, że spędzanie czasu tylko i wyłącznie na czekaniu na nie jest przepisem na mało przyjemną egzystencję.² Oczywiście można, wręcz należy próbować osiągać jakieś ambitniejsze cele (o czym następnym razem), ale po pierwsze, w międzyczasie też wypadałoby mieć co robić, a po drugie, jeśli się nie ma planu B, to można spędzić większą część życia na czekaniu na coś, co nigdy nie dojdzie do skutku. „Wszystko albo nic” to bardzo ryzykowny przepis na życie.

Dla mnie punktem wyjścia w rozumieniu tych kwestii było przeczytanie „Człowieka w poszukiwaniu sensu” Viktora E. Frankla. Sporą część książki zajmuje opis pobytu autora w obozie koncentracyjnym i wniosków do jakich na tej podstawie doszedł na temat natury ludzkiej. Dlaczego się nie poddać i nie umrzeć? W tak skrajnych warunkach odpowiedź musi być prosta. Np. z ciekawości, żeby się dowiedzieć jak się to wszystko skończy. Albo z prostego uporu – bo Niemcy chcą cię zniszczyć, a ty się uprzesz, żeby jednak przeżyć. Nic specjalnie skomplikowanego.

Mi od jakiegoś czasu chodzi po głowie, że sensowna rzeczywistość wirtualna w rozsądnej cenie nie jest już aż tak daleko. Kto wie, może na starość będę miał jeszcze okazję spróbować takiej wpinającej się bezpośrednio w układ nerwowy? Na Marsa raczej nie polecę, ale sensownej symulacji bym chętnie spróbował, więc warto dożyć.

Mój syn ma już pół roku. Nie wiem co będzie za lat 25, może mu w życiu nie wyjdzie, nigdy nie ma na nic gwarancji. A może czas jaki poświęcimy z żoną przez najbliższe dwie dekady jednak spowoduje, że wyrośnie z niego kumaty facet i będę mógł z zainteresowaniem patrzeć na jego życie. Intryguje mnie jak to się wszystko potoczy.

Przyjemna pogoda, spacer z żoną, dyskusja z żoną (temat dowolny), pies robiący coś śmiesznego, pies próbujący mnie polizać po nosie, śmiejący się bobas, pies próbujący ukradkiem polizać śmiejącego się bobasa, etc., etc. Małe codzienne rzeczy.

O, albo pooglądanie czegoś dobrze napisanego (i zagranego). Dlaczego dr House w ostatnim odcinku jednak wstał i spróbował wyjść z płonącego budynku, zamiast poleżeć jeszcze trochę i poczekać na śmierć? Bo całe życie gardził tchórzami, więc jeśli rzeczywiście chciał się wcześniej wymeldować, to, w jego opinii, powinien to zrobić sam, własnymi rękami, a nie próbować skorzystać z okazji, że akurat wystarczyło się przez jakiś czas nie ruszać z miejsca i sprawa się sama rozwiąże. Pogarda jako motywacja do życia, nie pomyślałbym o tym.

Nic z powyższej listy niestety nie daje pełnej odporności na egzystencjalne chandry. Acz te według mnie najlepiej traktować trochę jak przewlekłą chorobę – zawsze będą okresy nasilenia, ale trzeba się nauczyć przyjemnie żyć pomiędzy nimi. A jak się jest zajętym życiem, to i one rzadziej przychodzą.

¹ A pisałem tylko o samobójstwie z punktu widzenia bezpośrednio zainteresowanego, nawet nie wspomniałem o problemach jakie generuje w otoczeniu.
² Jeśli obecną generację można nazwać generacją zawiedzionych nadziei, to m.in. dlatego, że wszyscy czekają na osiągnięcie takiego niesamowitego sukcesu, jaki znają z popkultury. Ale prawie nikomu się nie uda.

Najważniejsze pytanie (BM 7/15)

11 III 2014, 00:02

Bardzo praktycznym, acz nieoczywistym na pierwszy rzut oka efektem stosowania pesymizmu jako bazowej filozofii myślenia o otaczającej rzeczywistość jest duża pewność spójności zbudowanego na takiej bazie światopoglądu. Życie ludzkie jest wystarczająco długie, by w jego trakcie mieć wielokrotnie okazję zmienić poglądy na różne sprawy, dlatego istotnym dla mnie było znalezienie takiej optyki, której nie będę zmuszony wywracać na drugą stronę za dekadę albo dwie.

Acz zanim rozwinę myśl, szybka definicja, żeby nie było wątpliwości o czym piszę, gdy piszę o pesymizmie. Dla mnie pesymizm filozoficzny to takie podejście do rzeczywistości, w którym zakłada się, że niepożądane rezultaty są znacznie bardziej prawdopodobne¹, niż pożądane, a co za tym idzie, o ile nie ma się solidnych podstaw by sądzić, że w danym przypadku pożądany rezultat jest prawdopodobny, należy założyć, że sprawy pójdą przynajmniej częściowo nie po naszej myśli. W szczególności nie oznacza to zakładania, że wszystko zawsze będzie szło nie po naszej myśli, bo to jest raczej debilizm, niż pesymizm. (I przy okazji solidna przesłanka za pójściem do specjalisty i sprawdzeniem, czy się aby nie ma depresji.)

Główny problem z pesymizmem jest taki, że jak już się go odpowiednio sumiennie zastosuje do wszystkich istotnych problemów, to bardzo niewiele zostaje. Czy będę żył wiecznie? Oczywiście nie. Czy da się coś z tym zrobić? Nie. Czy moje życie jest podporządkowane jakiemuś Planowi? Nie, możesz takich Planów znaleźć sporo, ale każdy jest podważalny, więc jeśli potrzebujesz, żeby któryś był obiektywnie lepszy/bardziej prawdziwy od wszystkich pozostałych, to masz pecha. Czy mogę się poświęcić czemuś większemu niż ja sam, np. rozwojowi gatunku. Oczywiście. Czy efekty moich działań będą rzeczywiście duże? Bardzo wątpliwe. Czy za istnieniem mojego gatunku istnieje jakiś zamysł, czy jesteśmy po coś? Pewnie nie. Czy możemy kiedyś po prostu wyginąć wraz z jakimikolwiek efektami naszego istnienia? Owszem. Etc., etc.

Najprostszym nasuwającym się przy takiej postawie wnioskiem jest, że w takim razie po co robić cokolwiek, skoro szanse sukcesu są prawie żadne, a nawet jeśli się zostanie nie wiadomo jak wpływowym człowiekiem (w dowolnej dziedzinie, która nas interesuje), to równie dobrze może nas za 200 lat rąbnąć meteor i wszystko zniszczyć, albo za 100 lat może upaść nasza cywilizacja, jak kiedyś upadł starożytny Rzym. A w ogóle, to i tak tego nie dożyjemy, więc tym bardziej co nas obchodzi los wszechświata.² Po nas choćby potop!

Na pewnym poziomie racja, w „Micie Syzyfa” Camus napisał, że jedynym istotnym pytaniem filozoficznym jest czy nie należałoby może popełnić samobójstwa. Z samobójstwem jest jednak ten „problem”, że to jest proces, a nie decyzja. Ludzie są już tak zaprogramowani, że nie mogą sobie po prostu świadomie zdecydować o strzeleniu w łeb, po czym zamysłu wykonać, tylko najpierw musi zostać uruchomiony długotrwały proces izolowania się od świata i dławienia silnego instynktu przetrwania. A na koniec decyzja i tak może być „błędna”, co dosyć nieprzyjemnie uświadamiają te słowa skoczka, który przeżył próbę:³

O jednym nie mogę przestać myśleć. Patrzyłem na moje ręce puszczające poręczy i myślałem sobie, mój Boże, co ja właśnie zrobiłem? Wiem że prawie wszyscy, którzy skoczyli z tego mostu [Golden Gate], pomyśleli sobie w tamtej chwili dokładnie to samo. Nagle nie chcieli umierać, ale było już za późno.

Gdyby samobójstwo było łatwe, żyli byśmy w zupełnie innym świecie. Ale nie jest, jest trudne, męczące, czasochłonne. Trzeba się przy nim „narobić”, a w ostatnim momencie i tak jest spora szansa, że się z przerażeniem stwierdzi, że to był błędny wybór.

Z tej perspektywy poświęcanie czasu i energii na szukanie innych, dramatycznie mniej nieodwracalnych opcji, wydaje się zdecydowanie bardziej atrakcyjne.

Acz o tym co to za opcje napiszę następnym razem.

¹ Kwestia statystyki – dla większości sytuacji zbiór pożądanych wyników jest niewielki, podczas gdy ilość czynników mogących doprowadzić do niepożądanego wyniku jest bardzo duża.
² Oczywiście ktoś słusznie może zauważyć, że na przyszłości powinno nam zależeć ze względu na naszych potomków i rzeczywiście, nie chciałbym żeby mój syn albo jego ewentualne dzieci miały gorzej w życiu, niż mam ja, wręcz przeciwnie – chciałbym, żeby miały lepiej, przy czym żyjemy w czasach powszechnej bezdzietności, więc dla ludzi bez potomstwa to już wydaje się być argument znacznie mniejszego kalibru, a poza tym o ile o swoich wnukach czy prawnukach jeszcze jestem w stanie myśleć w tych kategoriach, to mój potomek urodzony za 200 lat wydaje mi się bytem mocno abstrakcyjnym. Wręcz mam wrażenie, że mu w wystarczającym stopniu zazdroszczę ewentualnej utopijności jego życia, żeby mu źle życzyć. :)
³ „The Urge to End it – Understanding Suicide”, NY Times, polecam cały artykuł.

Oda do fachidiotów (BM 6/15)

08 III 2014, 22:50

Ciekawym czy dożyję czasów, w których obowiązkowym, hojnie zaopatrzonym w godziny lekcyjne przedmiotem szkolnym będzie wiedza o i praktyczne ćwiczenia z „bycia człowiekiem”. Wiemy już naprawdę sporo o funkcjonowaniu mózgu, o tym jak człowiek myśli, jak analizuje, jak reaguje, czy też jakie ma emocje, ale cały czas zbiorowo zakładamy, że ludziom powinna w tym zakresie wystarczyć wiedza, którą przyswoją przez osmozę ze środowiska plus garść własnych przemyśleń.

Jakież to jest nieoptymalne. Ja rozumiem, że edukacja szkolna, choćby nie wiem jak dobra, nie jest w stanie w zbyt dużym stopniu skontrować wzorców wynoszonych z domu, ale według mnie to nie jest powód, by nie próbować. Choć z historycznego punktu widzenia obecne populacje żyjące w krajach rozwiniętych są wręcz niesamowicie wysoko wyedukowane, doinformowane, dożywione i ogólnie „ucywilizowane” w stosunku do niewyedukowanych i niedożywionych tłuków, jacy stanowili przytłaczającą większość naszych przodków, to jednak nadal istnieje tu gigantyczne pole do usprawnień.

Sądzę że jako gatunek jesteśmy jeszcze bardzo daleko w zakresie intelektualnym od poprzeczki, jaką ustawiają nam nasze geny (i to nawet jeśli popatrzeć tylko na najbardziej rozwinięte społeczeństwa). Owszem, dzięki zdobyczom cywilizacyjnym¹ (coraz większa) część ludzi jest w stanie zbliżyć się do granic swoich możliwości, ale to nadal za mało. Niektórzy po prostu są z inteligenckich domów, więc od kołyski przesiąkają m.in. tą wiedzą. Inni trafią za młodu na fenomenalnych mentorów. Jeszcze inni będą mieli (zapewne w sporej części genetyczną) naturę szukacza i będzie ich męczyło to, czego nie wiedzą, więc koniec końców będą próbowali się dowiedzieć.

Mam wrażenie, że najlepiej mają ci pierwsi, ale to może wynikać z moich osobistych uprzedzeń – drażni mnie ile lat dorosłości zajęło mi szukanie odpowiedzi na pewne istotne dla mnie pytania oraz nabywanie kluczowych umiejętności. Mam nadzieję, że swojemu synowi (plus ewentualnym kolejnym dzieciom :) będę w stanie przekazać za młodu większą porcję wiedzy, niż przekazano mi, a w konsekwencji jego start w dorosłość będzie łatwiejszy i bardziej owocny w sukcesy.²

O mentorach naczytałem się w swoim życiu sporo, o tym jak są istotni, jak wiele wnoszą, ale nie wiadomo mi o żadnej takiej relacji w moim otoczeniu, więc podchodzę do tej koncepcji sceptycznie. W teorii – jak najbardziej może działać. W praktyce o ile nie ma jakiejś struktury organizującej mentorów młodzikom ich potrzebującym, to można to traktować jako strategię edukacyjną tak samo, jak wygranie w totka jako strategię zawodową.

Ostatnia opcja mnie bardzo gryzie. Do niedawna na jakimś poziomie zakładałem, że inteligencja umożliwia wyciągnięcie samego siebie za uszy z dowolnych tarapatów. Inteligencja to m.in. głód wiedzy, głód wiedzy należy zaspokajać, a jak się go zaspokoi wiedzą wysokiej jakości (np. na temat tego jak funkcjonuje ludzki mózg, w tym emocje), no to się prędzej czy później dowolny problem rozwiąże.

Są to oczywiście naiwne brednie. Niby miałem tego świadomość, ale od świadomości jeszcze spora droga do zinternalizowania. Pierwszym krokiem był los cesarza Valeriusa II, który ten błąd rozumowania przypłacił życiem.³ Następne dwa to spotkanych dwóch ludzi o (zweryfikowanym) bardzo wysokim IQ i sporej wiedzy specjalistycznej, jednocześnie tak przyblokowanych przez brak rozumienia własnych (i przy okazji czyichkolwiek innych) emocji, że efektywnie obaj byli debilami w jakiejkolwiek dziedzinie życia i wiedzy poza swoimi wąskim specjalizacjami (niem. fachidiot).

Wysoka jakość rozumowania ma trzy wymogi. Pierwszym jest wiedza, bo trudno o czymś rozumować, jak się nie wie o czym się rozumuje. Drugą jest inteligencja, bo trudno wyszukiwać związków i zależności jeśli się jest słabym z wyszukiwania związków i zależności. A trzecim jest zrozumienie własnych emocji (i szerzej: podświadomości)⁴ oraz tego, że mają fundamentalny wpływ na rozumowanie wyższego rzędu.⁵

Punkt trzeci jest tak samo kluczowy, a wręcz może nawet bardziej, niż dwa pierwsze. Przeciętnie inteligentna osoba o niewielkiej wiedzy w danej dziedzinie, ale rozumiejąca rządzące nią emocje i impulsy, teoretycznie prędzej przyzna się przed samym sobą do niewiedzy, niż bardzo inteligentny człowiek, który nie zauważa np. gdy coś zagraża jego poczuciu własnej wartości i nie rozumie na jakie intelektualne manowce go to będzie prowadzić.

Efekty tego mogą być strasznie straszne. Ludzie poświęcają lata, czy wręcz dekady na myślenie o i zgłębianie wiedzy na tematy, które są rażąco dziurawe intelektualnie, ale spójne z wyniesionym z młodości i dzieciństwa obrazem świata trzymanym w podświadomości. Mózg mi eksploduje od rozważania ile to jest zmarnowanego potencjału intelektualnego.

Filozoficznie jestem pesymistą, nie mam żadnych podstaw zakładać, że nawet obszerna, bardzo sprawnie i od najwcześniejszych lat prowadzona edukacja z zakresów psychologiczno-socjologiczno-ogólnoludzkich jest w stanie „odblokować” choćby większość populacji.⁶ Więc nie zakładam. Ale jestem pewien, że dałoby się osiągnąć (sporo?) lepsze rezultaty, niż obecnie, gdy tymi sprawami zajmują się tylko rówieśnicy, rodzice i popkultura.

Mam nadzieję, że kiedyś dożyję czasów, w których ten koncept zostanie zweryfikowany na dużą skalę.

¹ Pismo, specjalistyczne notacje dla różnych dziedzin, globalne struktury rozwoju i rozpowszechniania wiedzy, uniezależnienie się od ograniczeń narzucanych koniecznością zapewnienia sobie fizycznego przeżycia, etc.
² Z żoną sobie niby zdajemy sprawę, że zdecydowanie łatwiej się zauważa błędy w wychowaniu nieswojego dziecka, niż wychowuje swoje, ale mamy podstawy wierzyć we własne siły w tym zakresie.
³ Powtarzamy wszyscy razem: Guy Gavriel Kay jest genialnym pisarzem.
⁴ Cały system 1 według nomenklatury Thinking, Fast and Slow.
⁵ O ludziach można wręcz mówić, że nie są istotami racjonalnymi, tylko racjonalizującymi, tzn. takimi, które typowo najpierw dochodzą do jakichś wniosków, a dopiero później sobie budują prawdopodobną narrację tłumaczącą dlaczego do nich doszli.
⁶ Wszystkich na pewno nie, bo jednak w jakiejś części przypadków genetyka będzie zbyt mocna, żeby ją przeskoczyć.

Blady błękitny punkt (BM 5/15)

05 III 2014, 23:06

Teista opowiadający Bogu o swych życiowych planach wzbudza dobrotliwe rozbawienie. Ateista próbujący wywrzeszczeć we wszechświat swoją bezsilną frustrację może wzbudzić najwyżej politowanie. Wszechświat jest bezkresny, ciemny i bardzo bardzo zimny. Człowiek jest mały, słaby i bardzo bardzo nieistotny. Jedynym pewnikiem jest absurd jego własnej egzystencji – tych wszystkich pragnień, dążeń, emocji wobec wszechświata, który jest głuchą pustką.

Nasze mózgi wmawiają nam, że potrafimy kierować wydarzeniami, podsuwają nam pozornie spójne narracje naszego własnego życia i otaczającej nas rzeczywistości.

To wszystko kłamstwa. Nie doświadczył bycia człowiekiem ten, kto nie pojął ograniczeń własnego rozumu. Wiedza, nauka, są fundamentalnie ludzkimi przedsięwzięciami, próbujemy, pomimo naszych niedoskonałości, zbliżyć się do wszechświata. Ale emocje są w nas zbyt silne, arogancja, dogmatyzm zbyt często wygrywają.

Powoli, znacznie bardziej przypadkowo, niż chcemy sami przed sobą przyznać, na przestrzeni tysiącleci budujemy nasze zrozumienie. Każdy kolejny krok zbliża nas do wszechświata, do jego zimna, do pustki. To nie jest przyjazne miejsce dla istot tak kruchych jak my, mało tu miejsc by się bezpiecznie ogrzać i posilić.

Rządzą tu siły dla nas niewyobrażalne, potrafiące zetrzeć ten nasz mały kulisty statek kosmiczny na proch, przy okazji rozrywając całą galaktykę.

Ale człowiek, w tym swoim absurdalnym niezrozumieniu własnej nieistotności i tak prze do przodu, zataczając się jak pijany w trakcie wichury, nigdy nie docierając tam, gdzie zamierzał.

Zapewne nasi potomkowie kiedyś wyruszą w gwiazdy. Nie będą mogli wtedy uciec od przerażającej skali tego, czego są częścią. Ciekawym, czy sobie z tym poradzą.

Anatomia dowcipu (BM 4/15)

04 III 2014, 19:41

Na początku poprzedniego roku sporą popularnością w anglojęzycznym internecie cieszyła się fraza „Thanks Obama” mająca być sarkastycznym obwinieniem prezydenta USA o kompletnie niezwiązane z jego prezydenturą nieprzyjemne zdarzenia, np. uderzenie się w nogę. Im mniejszy związek, tym lepiej.

W tym samym czasie na subreddicie AskReddit ktoś zapytał o odcinki seriali telewizyjnych, po których oglądacze najbardziej płakali. Ludzie wymieniali różne rzeczy: Scrubsy, Futuramę, Band of Brothers, czy choćby Buffy („The Body” oczywiście).

Ktoś wymienił ten odcinek House'a w którym Kutner popełnił samobójstwo i jakie to było smutne.

Inny internauta skomentował to frazą „Thanks Obama” i był to niespotykanie śmieszny komentarz (wart aż 346 wirtualnych punktów!), albowiem zgodny z prawdą. Aktor grający Kutnera, Kal Penn, dostał i przyjął propozycję pracy w Białym Domu (w administracji Obamy), więc trza go było wypisać z serialu, co zrobiono właśnie poprzez samobójstwo.

No więc… taka historia.

Pesymizm (BM 3/15)

03 III 2014, 21:47

Za Tatarkiewiczem:

Na dnie człowieka i na dnie wszystkich rzeczy jest popęd, a popęd ten jest bezrozumny, działający bez celu i nie znający ukojenia. Nic nie jest zdolne zaspokoić go, a nawet gdy jest zaspokojony chwilowo, prze zaraz dalej. Towarzyszy mu ciągle poczucie braku, niezaspokojenia, niezadowolenia. Dążymy do szczęścia, a nie możemy go osiągnąć; dążymy do tego, by przynajmniej utrzymać życie, ale nawet i to na stałe nie jest osiągalne. W drobnych troskach i zabiegach – o jadło, miłość, uchronienie się przed niebezpieczeństwami – schodzi krótkie życie. A przy tym jeszcze lęk nieustanny jest udziałem świadomego stworzenia, przede wszystkim lęk przed śmiercią. Człowiek szuka sposobu, by ujść swego losu, szuka ulgi i pociechy w filozofii, religii, wytwarza majaki i złudzenia, przejmuje się pozornymi wartościami – wszystko na próżno. W tych warunkach życie jest męką.

W takich warunkach trudno się dziwić, że najsensowniejsze rady, jakie można dać na w miarę przyjemne życie, to by się cieszyć chwilą, doceniać drobne rzeczy typu przyjemny spacer przy ładnej pogodzie (albo skok na bunjie, jak ktoś woli) i nie dać sobie wmówić, że jak już się osiągnie ambitny cel X, to z niego wypłynie permanentne szczęście i człowiek będzie mógł spokojnie umierać. Zaspokoić hedoniczny kierat można tylko chwilowo, aż do czasu gdy nie przejdzie ekscytacja i emocje nie wrócą do punktu wyjściowego. Ah, geny.

Parę wieków temu europejczycy mieli Boga, Bóg był oczywistością, znacznie trudniej było zwątpić w jakiś Nadrzędny Cel, któremu podporządkowane jest życie. Obecnie jest to trywialne. Tylko czym go zastąpić?

Ludzie z natury są optymistami, unikają zbyt dokładnych rozważań na tematy dla nich nieprzyjemne, a nawet jeśli im się zdarzy, to łapią się przyjemniejszych interpretacji rzeczywistości. Więc w praktyce nie mają z tym brakiem religii aż takiego problemu, w końcu tyle przyjemnych rzeczy można w życiu robić, po co spędzać czas nad rozważaniami o bezcelowości wszystkiego?

Po nic, najlepiej tego nie robić. Sokrates bredził z tym swoim „niezbadane życie nie jest warte życia”. Badanie życia prowadzi do zwiększania poczucia własnej nieistotności, co nie należy do najprzyjemniejszych konstatacji. Mój pies ma szczęśliwsze życie ode mnie właśnie przez ten brak autorefleksji.

Gorzej jak się ma naturę nie pozwalającą zostawić tematu w spokoju. Człowiek będzie grzebał, grzebał, grzebał, aż się dogrzebie do limitów ludzkiego poznania. I nie będzie usatysfakcjonowany. Pewnie żaden z nas w historii nie był usatysfakcjonowany. Może kiedyś w przyszłości, gdy będziemy jak Vorloni. Ale sądzę, że nigdy.

Na dodatek wiedza jest jak charyzmatyczny porywacz, człowiek po jakimś czasie dostaje syndromu sztokholmskiego. Czy sądzę, że wiedza czyni szczęśliwszym? Pewnie tak, w bardzo bardzo niewielkich dawkach wystarczających do wybicia się powyżej tłumu na tyle, by się przyjemniej żyło. Każda kolejna dawka zatruwa. Ale człowiek chce więcej. I niby intelektualnie rozumie, że byłby szczęśliwszy bez, ale już nie ma odwrotu, można tylko brnąć naprzód. A nawet gdyby to był Matrix i istniała niebieska pigułka, syndrom sztokholmski to surowy pan, zbyt wypiera mózg z rozsądku, by ktoś się zdecydował na samoogłupienie.

Co zabawne, najmilszy mi stosunek do tego całego egzystencjalnego bajzlu miał cylon:

Nie chcę być człowiekiem! Chcę widzieć promienie gamma, słyszeć promienie X, chcę… chcę wąchać czarną materię! Czy widzisz absurd tego, czym jestem? Nie mogę nawet się precyzyjnie wysłowić, bo muszę wtłaczać skomplikowane pojęcia w ten durny ograniczony język. Wiem że chcę sięgać czymś innym, niż te prymitywne macki i czuć jak opływa mnie wiatr supernowej. Jestem maszyną! i mógłbym więcej wiedzieć, więcej doświadczać, ale jestem uwięziony w tym absurdalnym ciele!

Jeśli mnie pamięć nie myli, ambitne plany rzeczonego cylona w końcu spaliły na panewce i skończył wpakowywując sobie ołów między prymitywne patrzałki. No cóż. Ambicje kosztują, powinien był się dureń zadowolić słoneczkiem w miły wiosenny dzień.

P.S.
Początkowy cytat jest streszczeniem części filozofii Schopenhauera, która mu się skrystalizowała pod wpływem naczytania się bodajże buddyzmu. Jak ktoś poczuł sympatię do papcia Artura, to parę lat temu coś tam wrzuciłem, a gdzieś w anglojęzycznej sieci powinien być łatwo dostępny wybór esejów „Studies in pessimism”, który bardzo polecam, bo nic tak nie poprawia humoru, jak nie bycie jedynym zakładnikiem.

Temporalny terroryzm (BM 2/15)

02 III 2014, 20:52

Mam problem z historią własnego kraju. Historii ostatniego wieku właściwie nie znam, nigdy się nią specjalnie nie interesowałem, a na szkołę liczyć w tej kwestii się nie dało – chronologicznie wiek XX zawsze wypadał pod koniec roku szkolnego, więc wszyscy już mieli inne rzeczy na głowie. Plus mam wrażenie, że poświęcano jej zdecydowanie zbyt mało czasu. Ale może po prostu już nie pamiętam.

Tak czy owak, z historią dawną lepiej nie jest. Tacy królowie, owacy królowie, unia z Litwą, większe terytoria, mniejsze terytoria, brak terytoriów, postacie historyczne. Ale co ja właściwie mam z tymi historycznymi patriotami o polskość Polski walczącymi wspólnego? W dowodzie mi stoi Mazur z czego wnioskuje, że przytłaczająca większość moich przodków to byli jacyś chłopi pańszczyźniani zdani na łaskę i niełaskę akurat lokalnie panującego feudała. Czy oni się jakoś identyfikowali z czymś poza lokalnymi terenami? A już w szczególności z czymś tak abstrakcyjnym, jak państwo de facto bieżąco rozumiane jako ciągle się wahająca suma magnatów akurat podporządkowanych danemu królowi?

Mam poważne podejrzenie, że spora część moich przodków, jakby kiedyś spotkała dzielnych patriotycznych panów szlachtę walczących z takim czy owakim wrogim interesem, to by najchętniej ich wszystkich kosą pod żebro poczęstowała (a wrogi interes we wrogi interes), ze wszelkich majętności ograbiła, po czym na odchodnym na truchła najszczała. I ja bym im się specjalnie nie dziwił.¹

Ale ja nie o tym chciałem. Świadomość, że życie tutaj teraz jest niesłychanie fajniejsze, niż życie tutaj (czy gdziekolwiek indziej) kiedyś nabyć prosto, wystarczy sobie wyobrazić, czy chciałoby się być dowolnym królem, cesarzem, czy innym władyką, w dowolnym miejscu i dowolnym historycznym czasie. Ach, jak ja bym się cieszył tymi majętnościami i władzą, jak ja bym się nimi cieszył, aż by mnie ząb nie zaczął boleć, albo nie dostałbym przewlekłej choroby, która zamieniłaby następne kilka dekad mojej egzystencji w prawdziwe piekło. I wtedy bym zaczął bardzo przeklinać dzień, w którym wsiadłem do tego cholernego wehikułu czasu.

I to jest optymistyczna interpretacja historii. Z kolei pesymistyczna jest taka, że jakiś dupek za trzy stulecia może tak samo myśleć o moich czasach i opisując tę swoją myśl na swoim cyberblogasku zleci swojej usłużnej AI wyszukanie jakichś tekstów tubylców z mojej epoki i wtedy AI mu znajdzie ten właśnie tekst, więc do ciebie piszę dupku z przyszłości, tak, właśnie do ciebie, oby ci holodek wieczorem nawalił i żebyś wbiegł w ścianę i kark se skręcił, tak ci życzę ja, twój czcigodny przodek.

Pomyślcie tylko. Żyje sobie taki paręset lat, albo dłużej, bo mu DNA co chwila naprawiają, je co chce, zawsze jest w idealnej kondycji fizycznej, jak chce polecieć na Marsa, to kupuje bilet w RedDeadPlanetAir i leci, fakt, trochę mało miejsca na nogi, no ale last minute i klasa ekonomiczna, co poradzić. Chce spłodzić potomka, to płodzi, domowy robot zajmuje się bardziej upierdliwymi częściami wychowania, czyli właściwie całym. Chce pooglądać jakąś dobrą fabułę fantasy, to sam się śmieje z tego jaki jest retro, po czym wchodzi w tolkienowy świat VR i jako Morgoth idzie wytępić elfią zarazę.

No tylko takiego bić po mordzie, jak się o nim pomyśli, pasożyt jeden. To ja chcę mieć takiego niańkobota, ty go nie potrafisz docenić!

Ale to tylko takie wylewanie żalów bezsilnego dwudziestopierwszowieczniaka. Prawdziwi twardziele nie jojczą, tylko szukają rozwiązań. A rozwiązaniem w tym przypadku jest Temporalny Terroryzm. Po prostu trza im tą idylliczną przyszłość zaminować, żeby im w losowych momentach a to luksusowy solarny liniowiec eksplodował, a to wszystkim akurat grającym w wiedźmaka mózgi usmażyło.

To jest to, co chciałbym po sobie pozostawić potomności. Bomby. Dużo bomb.

„Z pozdrowieniami, przodkowie.”

¹ Ze szkoły pamiętam jakąś krótką nowelkę o mniej więcej tej treści, ale tytułu czy autora nie pomnę.

Blog Marzec

01 III 2014, 19:01

Umiejętność naklepania paru składnych akapitów jest przydatna. Acz niesłychanie przydatniejsza jest umiejętność naklepania tychże akapitów w zadanym czasie, bez zaglądania na fejsika co trzecie zdanie, bez czytania całości od początku co chwila, ogólnie bez poświęcania rzeczonym akapitom takiej ilości uwagi, jakby się chciało za nie Nobla dostać.

Perfekcjonizm ma ładną nazwę, ale jest bardzo upierdliwy i kontraproduktywny dla tych, którzy go wykazują. Zwłaszcza jeśli pozostaje on niezdiagnozowany.

Na szczęście, jak wszystko, tak i perfekcjonizm da się zwalczyć, trza się tylko przyłożyć do odpowiedniego treningu polegającego na wyłapywaniu tych momentów, gdy mózg podpowiada „a może by to jednak poprawić” i robieniu natychmiastowej kalkulacji, czy rzeczywiście istotnym jest, żeby to jednak poprawić. Zazwyczaj odpowiedź brzmi „nie” i wtedy trzeba się zmusić do olania głosiku i trzymania się wcześniej ustalonej listy priorytetów (którą należało wcześniej ustalić).

Przeszkadzało mi (m.in) to w odpowiednio wydajnym informatykowaniu. Pracuję nad tym od jakiegoś czasu, a moje informatykowanie staje się przez to wydajniejsze. Przeszkadzało mi też w pisaniu. Nad tym jeszcze nie pracowałem, nie tak na poważnie.

Czas to zmienić. Marzec ma 31 dni w czasie których moje obciążenie pracą, psem i półrocznym synem nie powinno ulec jakimś drastycznym zachwianiom. Przez 20 15¹ z tych dni powinienem być w stanie wygospodarować w nocy z godzinę–półtorej, żeby coś naklepać i tu wrzucić. I taki też jest Plan.

Skąd ja wytrzasnę tematów na jeszcze 19 14¹ notek to nie mam pojęcia, ale robienie tego pod presją czasu też ma być częścią treningu. Hm, może pojutrze będzie o garncarstwie…

¹ Update 11.03 – 20 się nie wyrobię, 15 powinienem być w stanie.

« prev